In Vitro - Ewa 39 lat

Przed Wami historia Ewy, 39 letniej mamy


1. Kim jesteś, czym się zajmujesz? 

Z zawodu jestem Technikiem Odzieżowym,a na co dzień zwykłą kobietą,żoną i matką,trochę zakręconą, uśmiechniętą i bardzo wrażliwą osobą kochającą ludzi...

2. Co uniemożliwiło Wam naturalne poczęcie?

Zawsze myślałam,że wina leży po mojej stronie.Zaraz po ślubie wykryto u mnie mięśniaka,który najprawdopodobniej przeszkadzał w zajściu w ciążę, przeszłam operację wyłuszczenia i czekałam kiedy tylko spóźni mi się okres.Po dwóch bezowocnych latach,pojechaliśmy z mężem po zioła i miody do ojca Sroki,dostaliśmy błogosławieństwo i czekaliśmy na cud.Minął kolejny rok starań i nic,mój ginekolog zaproponował żeby zbadać męża i jak zobaczyliśmy wyniki okazało się że są złe,lekarz prowadzący męża powiedział że leczenie potrwa ok.roku i żeby być dobrej myśli.Łzy cisnęły się do oczu,rok to przecież cała wieczność...Boże dodaj mi sił...po leczeniu lekarz powiedział że jest poprawa i proszę próbować,chwilami czuliśmy się jak kopulujące zwierzątka,tak codziennie jak tylko przyszły dni płodne,po każdym zbliżeniu koniecznie nogi uniesione do góry,bo to miało pomóc w dotarciu plemniczka do celu.Lecz bez skutku,noce przepłakane w samotności aby mąż nie widział by nie poczuł się winnym,bardzo go kocham i musimy przez to razem przejść tylko jak? Na widok małych dzieci w wózkach bardzo płakałam i to było silniejsze ode mnie,każda wiadomość o kolejnej ciąży koleżanek była dla mnie ciosem w krwawiące serce...
Pewnego dnia w pracy koleżanka bardzo dyskretnie zaproponowała mi adres kliniki leczenia niepłodności i zapaliło się światełko w tunelu.

3. Co poczułaś słysząc od lekarza : IN VITRO?

Po serii badań wykonanych w klinice lekarz powiedział że jestem zdrowa ale nasienie męża jest w słabym stanie,słaba ruchliwość plemników,zaproponował inseminację oczywiście się zgodziliśmy,lecz nie powiodło się znowu.Na kolejnej wizycie powiedział że jedyne rozwiązanie to in vitro bo szkoda czasu,w duszy poczułam wielką radość to na pewno się uda jestem w fachowych rękach i to już kwestia czasu,a z drugiej strony miałam taką niepewność przed nowym i nieznanym bo tak naprawdę nic na ten temat nie wiedzieliśmy.

4. Jak wyglądało przygotowanie?

Zaczęliśmy zastanawiać się nad kosztami,czy nas będzie stać,dużo drogich badań,leków aż w końcu musieliśmy pożyczyć pieniądze...tu liczył się tylko cel nasze maleństwo.Zostałam poddana stymulacji,żeby jajniki wyprodukowały jak najwięcej komórek,wszystko było monitorowane i pod stałą kontrolą,czy ładnie rośnie.Dzień przed punkcją to znaczy pobraniem już dojrzałych,dostałam zastrzyk na pęknięcie pęcherzyków...w klinice pod ogólnym znieczuleniem pobrano 16 komóreczek a udało się zapłodnić 12,przez chwilę pomyślałam że mamy ich tak dużo,chyba trochę za dużo,a może będę mogła się kiedyś z kimś podzielić?
Przyszedł dzień najważniejszy dzień transferu,podano mi dwa piękne zarodeczki,jak powiedział lekarz i teraz pozostało czekanie...byłam dobrej myśli bo ze świeżych komóreczek są większe szanse na ciąże jakieś 30-35%.
Po dwóch tygodniach przyszła miesiączka,bardzo to przeżyłam to była nasza ostatnia szansa,wylałam morze łez...nie zapomnę nigdy tego bólu,straciłam chęć do walki.Bardzo wspierał mnie mąż i namawiał do choć jeszcze jednej próby,ale przecież tak małe są szanse z zamrożonych zarodków bo 15-20% no ale jednak są.Po dwóch miesiącach podeszłam do criotransferu,od samego początku nie byłam nastawiona pozytywnie,czekałam na miesiączkę jak przy pierwszej próbie,ale mijały dni i nie przychodziła,10 dni po dniu planowanej miesiączki postanowiłam zrobić test.To były emocje nie do opisania,serce tak mocno waliło,ręce bardzo mi się trzęsły...i pojawiły się dwie kreseczki,jeszcze tego dnia pojechaliśmy do kliniki lekarz zrobił mi usg i zobaczyliśmy już bijące serduszko...

5. Co w całej procedurze jest najtrudniejsze? Przez co przeszliście?

Okazało się że muszę przyjmować zastrzyki w brzuch po dwa jednorazowo,i to było dla mnie bardzo trudne,może to śmieszne ale całe życie bałam się igły i mdlałam przy pobieraniu krwi,a tu sama mam sobie włożyć igłę w brzuch.Pierwszy był wykonany z pomocą mrożonki z lodówki by tylko złagodzić ból,byłam z siebie dumna bo wiedziałam że muszę,to jeden z kroków by zostać mamą.

6. Jesteś mamą? Czy myślisz, że jest inaczej niż gdybyś zaszła w ciążę naturalnie? Jak wygląda Twoje macierzyństwo? Jesteś szczęśliwa?

Tak jestem mamą zostałam nią już po trzydziestce,nie nie myślę że było by inaczej gdybym zaszła w ciążę naturalnie,po długiej walce i nie udanych transferach, dwóch poronieniach osiągnęłam swój cel mam dwie córki z in vitro i wcale nie czuje się gorsza od innych matek które zaszły w ciąże naturalnie. Myślę że Bóg napisał taki scenariusz naszego życia...
Jak wygląda moje macierzyństwo? Myślę że jak każdej innej matki,muszę pogodzić się z nie przespanymi nocami,chorobami dzieci,gorączką...no i rozpieszczaniem, uśmiech dziecka łagodzi wszystkie bóle,jestem szczęśliwa i spełniona,bo mimo wielu zakrętów w życiu doczekałam się moich skarbów...

7. Czy jesteś/byłaś w stanie walczyć za wszelką cenę? Gdzie była granica, jeśli w ogóle była.

Po pierwszej nie udanej próbie in vitro,bardzo się załamałam bo przecież miało się udać i wciąż to pytanie dlaczego? dlaczego ja?ciężko było mi to zrozumieć,psychicznie byłam bardzo wykończona,i coraz bardziej zamykałam się w sobie,nie chciałam już ponosić porażek to bardzo bolało...
Gdy już przyszła na świat moja córeczka,wiedziałam że na pewno wrócę dla niej po rodzeństwo,jak miała 2,5 roku byliśmy gotowi na kolejne dziecko.
Zrobiłam potrzebne badania,aby podejść do criotransferu,zostało nam jeszcze 8 zamrożonych kruszynek, ale okazało się że jedna nie przeżyła rozmrażania.Z pozostałych siedmiu podano mi dwie, te najbardziej rokujące jak powiedział lekarz,i znowu długie czekanie ale okazało się znowu owocne,test wyszedł pozytywnie, hcg rosło.Na wizycie pani dr.pokazała nam już pęcherzyk ciążowy i kazała przyjechać za kilka dni już na podgląd serduszka,na kolejnej już wizycie jeszcze nie było serduszka ale to mogła być kwestia jeszcze może dwóch trzech dni.Po kilku dniach pojechaliśmy na wizytę,tak bardzo się bałam co dziś zobaczymy na monitorze,poddenerwowana położyłam się na badanie usg i usłyszałam,niestety ciąża przestała się rozwijać,to był 7 tydzień dostałam proszki poronne miałam sama zakończyć tą ciążę.Nie udało się oczyścić wszystkiego do końca i znalazłam się w szpitalu na tzw.łyżeczkowaniu poczułam ogromny smutek,kolejny kopniak od losu,wtedy pomyślałam nie,nie odpuszczę.Po poronieniu musiałam odpocząć trzy miesiące żeby organizm odpoczął i hormony wróciły do normy,i jak najprędzej podeszłam do kolejnego criotransferu,zostało 5 komóreczek i znowu jedna nie przeżyła rozmrażania.Z czterech podano mi znowu dwie,oczywiście te najładniejsze co można było wybrać,a dwie ostatnie zostały na obserwacji bo były bardzo osłabione rozmrażaniem,czy przeżyją i czy będą się dalej rozwijać,ale okazało się że jednak są silne i żyją i zostały ponownie zamrożone.
Po dwóch tygodniach znowu w ogromnym stresie zrobiłam test i znowu dwie kreseczki chwilo trwaj...hcg rosło, ale nie cieszyłam się długo na usg,okazało się że nie ma pęcherzyka ciążowego i lekarz powiedział że to poronienie samoistne.
Zostały mi dwie słabe już komóreczki ale przed ostatnią szansą pani dr.skierowała mnie do Instytutu Hematologii na szereg badań,bo być może coś jest nie tak i organizm odrzuca ciążę,i kolejne pół roku trwały badania i czekanie na wyniki...
Wszystkie badania wyszło dobrze,w normach i jak to lekarz w instytucie powiedział że nie ma się do czego przyczepić ani na co zrzucić winy.
Postanowiłam walczyć do końca i podejść do ostatniego criotransferu mąż odradzał bo wie ile mnie to kosztuje,ale nie zostawię moich dwóch ostatnich kruszynek,trudno co ma być to będzie jestem przygotowana na wszystko.
Zrobiłam kolejne badania potrzebne do transferu i już tylko czekałam na telefon czy moje maleństwa przeżyły rozmrażanie to było teraz najważniejsze,modliłam się żeby stał się cud...i ogromna ulga są,żyją i czekają na mamusię.Podano zarodeczki w tym jeden bardzo piękny już w formie blastuli,lekarz powiedział że z tego to musi być ciąża,dostałam piękne zdjęcia moich skarbów i do domu...Test znowu pokazał dwie kreski,ale ważne było czy ciąża się będzie rozwija,na wizytę jechałam jak na wyrok,ale okazało się że biją we mnie dwa serca,i to było szczęście nie do opisania,wrócił sens życia...

8. Czy zmieniłabyś coś, gdybyś mogła cofnąć czas?

Chyba nie,życie mnie doświadczyło,ale teraz mogę moją historię opowiedzieć innym kobietom które tak jak ja czekają z niecierpliwością na wymarzone dwie kreseczki na teście,chcę być przykładem że chcieć to znaczy móc i wlać w ich serca nadzieję...

9. Co możesz powiedzieć innym mamom, tym starającym się od wielu lat,tym których kolejne IN VITRO zawodzi?

Wiem że jest ciężko i kolejna porażka bardzo boli,ale nie należy tracić Nadziei bo ona umiera ostatnia,walczcie do końca ostatkiem sił o swoje marzenia...bo warto usłyszeć to piękne słowo mama,niech bóg da Wam siłę...

10. Kilka słów od Ciebie... 

Jestem mamą i z całego serca życzę Wam,abyście doświadczyły tego cudu...walczcie!!! Ja na swój pierwszy cud czekałam aż sześć lat,bo córcia urodziła się dwa tygodnie po naszej szóstej rocznicy ślubu...dziś, mimo morza wylanych łez,wielu życiowych zakrętów i kilku lat ciągłej walki mogę powiedzieć jestem szczęśliwą kobietą...

  Dziękuję Ci Aniu że dałaś mi możliwość opowiedzieć moją historię,jest to dla mnie bardzo bolesny temat i też temat tabu w moim otoczeniu,więc nie mogę tak po prostu o tym wszystkim mówić.Dzięki Tobie mogłam to z siebie wykrzyczeć i podzielić się z innymi ludźmi,których może też dotknął taki problem,a może z tymi którzy od początku są przeciwko in vitro...zrozumcie nas i dajcie nam szansę, my też chcemy zostać rodzicami.

23 komentarze:

  1. zawsze płakać mi się, jak czytam takie historie, a jak jeszcze popatrze w bok na śpiącego Jaśka to najchętniej bym go wycałowała i dziękuję Bogu, że nie musiałam przez coś takiego przechodzić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na szczecie z happy endem... Długa droga... Ale szczęśliwa...

      Usuń
  2. Ja to na bank nie przetrwam tego cyklu.Brawo Ewo za siłę i determinację.Jesteś wspaniała mamą i bardzo mądrą kobieto.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak czytam te wywiady a potem przenosze na posta i robię grafikę i czytam raz jeszcze na podgladzie to za każdym razem jak przez szkło... Mam ciagle szklane oczy...

      Usuń
  3. ehhh ja też się cieszę z mojej Niuni. Martwię się tylko tymi zarodkami... że tyle ich umarło... to jest najstraszniejsze wiedzieć że miało się 12ście dzieciaczków a zostało z nich 3... jakie były... jakie miałyby oczy... to najstraszniejsze... :( :(:(:(:

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdyby tak sie zastanawiać, co by było gdyby.... Nie da sie.... A gdyby Ewa w ogóle nie zdecydowała sie na IVF? Co wtedy? Wazne jest tui teraz...

      Usuń
  4. Wspaniała historia, oczywiście płaczę jak poprzednio... Aniu, to był świetny pomysł z tym cyklem. Myślę, że wiele może uzmysłowić nie jednej osobie.
    Dla autorki tekstu ogromne brawa, za dzielność i siłę przede wszystkim! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bravo jak najbardziej.... Kobiety sa silne bardzo... Niech to uzmysłowi wszystkim, ze trzeba walczyć, ze warto!!!!

      Usuń
  5. Jak zwykle z łezką w oku... yyyy czy już pisałam, że to świetny cykl?
    Ewo wspaniałaś!

    OdpowiedzUsuń
  6. Fajny cykl, wzruszająca historia :)
    pozdrawiamy

    OdpowiedzUsuń
  7. gratuluję determinacji :)Ewo jesteś bardzo dzielna :*
    ja nie wiem czy miałabym siłe tak walczyć....

    OdpowiedzUsuń
  8. jestem pełna podziwu dla wytrwałości i siły wewnętrznej!
    życzę dużo szczęścia dla wszystkich mamuś, które przez to musiały przechodzić.
    ściskam!

    OdpowiedzUsuń
  9. Znów się spłakałam. Ewo serdecznie Ci gratuluję dzieciaczków i determinacji.

    Aniu to świetny pomysł ten cykl! :*

    OdpowiedzUsuń
  10. trudna droga ale z jakim zakonczeniem!

    OdpowiedzUsuń
  11. Szok ile to kosztuje kobietę. Szkoda tylko, że jak są jakieś akcje z invitro pomija się te jakże ważne szczegóły. Sądzę że zaròwno przeciwnici jak i zwolennicy invitro nie mają o tym bladego pojęcia -z czym to się wiąże...

    OdpowiedzUsuń
  12. Wow, mega silna kobieta!!! Cudowności Ewo!!!

    OdpowiedzUsuń
  13. Piękna historia. Jak dużo nerwów, stresu i oczywiście pieniędzy to kosztowało. A ile miłości.... Jestem pod ogromnym wrażeniem siły i niezłomności tej Rodziny.
    Serdecznie gratuluję :-)

    OdpowiedzUsuń
  14. przeczytalam wszystkie historie o Invitio... zajrzalam przypadkiem z innego bloga http://mama-we-francji.blogspot.fr/

    bede zagaldac :)

    OdpowiedzUsuń